środa, 30 maja 2012
Wygrać przed EURO

Niech będzie trochę fantazyjnie, zanim zacznę trzymać się twardych faktów. Pamiętacie jak w 2004 roku przed organizowanymi IO, Grecy wygrali niespodziewanie EURO 2004? Historia była to piękna, którą Grecja szczególnie teraz wspomina z sentymentem. Przypomniałam sobie o tym, kiedy oglądałam mecz Radwańska - Williams. Oczywiście oba wydarzenia nie mają ze sobą nic wspólnego, ale nawiedziła mnie przyjemna nadzieja, że może i nas przed wielkim organizacyjnym wyzwaniem, spotka gigantyczny sukces w innej, popularnej dzidzinie sportowej. Czemu nie?

Szczególnie jeśli wziąć pod uwagę formę, którą osiągnęła Agnieszka. Nie oglądałam jej pojedynków w 2012 roku regularnie, ale z tych wszystkich strzępów, zdołałam wystarczająco często wyłuskać, jak bardzo na plus ona się zmieniła. I nie mówimy już o pojedynczych meczach, gdzie dotrzymuje kroku swoim przeciwniczkom z TOP10. Teraz systematycznie ogrywa, nie tylko te tenisitki z którymi albo miała wyrównany bilans spotkań, albo korzystny. Potrafi "przywalić" Szarapowej w finale mega ważnego turnieju w Miami, Venus Williams dwa razy w przeciągu kilku miesięcy zostaje przez Radwańską wręcz spoliczkowana. Gdyby ktoś mi o tym opowiedział dwa sezony temu, pukałabym się w głowę. Że niby nasza filigranowa Agnieszka tak może? Ba! Oczywiście! Czyż to nie brzmi pokrzepiajaco? To tak jakby te zwycięstwa z zazwyczaj niedostępnymi dla niej rywalkami, pięknie puentowały gigantyczny progres, wykonany od lata 2011.

Owa sytuacja wymusza optymizm, choćbyśmy nie wiem jak starali się nie zapeszać, zaprzeczać, szukać dziury w całym. Poza tym oglądając potkanie drugiej rundy Rolanda Garrosa, fizycznie czułam, że Agnieszka Radwańska gra po to żeby wygrać. Bez ostrożności, szacowania, nieśmiałości - z wylewającą się z oczu pewnością siebie, brnie w stronę kolejnego zwycięstwa. Czy taką postawę mogę nazwać instynktem zwycięzcy? Tak, Radwańska w meczu z Venus Williams panoszyła się jak królowa, która na skinienie ręki otrzymuje wszystko co chce. Grała co chciała, i niech nie umniejsza tego fakt, że Amerykanka popełniała kosmiczne ilości błędów własnych.

Trochę się wzbraniam przed tymi wszystkimi pochwałami, bo wiadomo jak nieobliczalny, często rozczarowujący potrafi być sport. Ale w tym wypadku optymizm ma pełne pokrycie w rzeczywistości. Agnieszka Radwańska, nie jest już tą samą zawodniczką co kiedyś - to jest diagnoza nie domysły. Numer trzy na świecie, trzy wygrane turnieje w 2012 roku (w tym dwa najwyższe rangą), najlepszy bilans spotkań sezonu, wreszcie porażki z ledwie dwoma przeciwniczkami (Cvetkovska, Azarenka).  Trzeba czegoś więcej żeby dobić się choćby do półfinału? To już byłby największy wielkoszlemowy sukces Radwańskiej w karierze. Muszę przekonywać siebie, was o otwartej i dostępnej dla niej drodze po wygraną w French Open? No nie trzeba, wyniki mówią same za siebie.

I z taką realną nadzieją, wyobrażam sobie jak wspaniały byłby jej triumf na starcie EURO 2012. Potwierdzający bez słów potencjał Polski ostatnio mającej złą prasę. Polski, która w ustach Prezydenta Obamy jest "odpowiedzialna" za obozy śmierci, a według BBC Polska jest rasistowska i antysemicka. Nasza szargana reputacja i duma, wreszcie miałaby powód do wielkiej radości. Agnieszka, jak żaden inny sportowiec, jest bliska zrekompenowania nam wielu narodowych zawodów. Nie pozostaje jej nic innego, jak doprowadzić swój występ w Paryżu do szczęśliwego, pozytywnego końca.

P.S. Gratulacje również dla Łukasza Kubota, który podobnie jak Agnieszka Radwańska zameldował się w III rundzie Rolanda Garrosa.

wtorek, 04 maja 2010
Fibak w swoim żywiole!

Bardzo lubię Wojtka Fibaka. Szanuję to, co osiągnął, ale gdy czytam wywiad dla „GW”, po prostu płaczę ze śmiechu. Kilka najciekawszych zdań.

„Zaczął grać jak dawny Kubot, czyli niepewnie.[…] Zaczęło się w meczu Pucharu Davisa z Finlandią.[...] I tą porażką zupełnie stracił pewność uderzeń, pogubił się.[...] Po Pucharze Davisa znów zaczął myśleć, analizować, wątpić w siebie.”

Tu czytaj: Przez dwa (!) mecze w Pucharze Davisa, przez nieumyślne reprezentowanie kraju w Sopocie, kompletnie wyszedł z wprawy, i hurtowo zaczął przegrywać w pierwszych rundach. Mam nadzieję, że Matkowski, Fyrstenberg i Przysiężny, wezmą pod uwagę ten wniosek, kiedy otrzymają kolejne powołania do kadry. Panowie! Można wpaść w wielki dołek po takich nierozważnych występach w Davis Cup.

„Łukaszowi powtarzam od lat, że podstawą jego gry powinien być atak drugiego serwisu rywala, atak po returnie.[…] Zajęło mu to kilka lat, ale wreszcie zrozumiał, że w jego przypadku taktycznie lepiej zaryzykować, niż wchodzić w dłuższe wymiany. Nie byłby w setce i nie byłby tak dobrym deblistą, gdyby tego nie zrozumiał.”

Tu czytaj: Wreszcie mamy jasność! Tylu już ekspertów i dziennikarzy próbowało znaleźć osobę, bezpośrednio odpowiedzialną za tak wielki skok w rankingu deblowym i singlowym Łukasza Kubota. I oto wiemy, kto maczał palce w budowie jego formy. Tak, tak Wojtek Fibak OD LAT (!) wpajał podstawową prawdę o stylu gry, jaki powinien prezentować. Nareszcie Łukasz tę bezcenną lekcję przyjął i zrozumiał. Voila! Geniusz z Pana Wojciecha.

Z cyklu „rozmawiałem z…”:

„Rozmawiałem dużo z jego wujkiem Tonim. Z uśmiechem dziękował mi za rady (Karolina: buhahaha), żeby grał więcej płaskiego, mocnego bekhendu. Kiedy Rafa nie uderza "pod górę", dyktuje warunki.”

Tu czytaj: Jeszcze jeden spektakularny sukces Fibaka. Tym razem jawnie przyczynił się do powrotu na szczyt Rafaela Nadala, króla kortów ziemnych. Muszę przyznać, iż nie spodziewałam się tego, że macki naszego najlepszego w historii tenisisty, sięgają tak daleko. Jakże miło być zaskoczonym po raz setny! Te darmowe porady są fenomenalne, odciskają piętno na światowym tenisie dzień w dzień. Panie Wojtku proszę nie być tak szczodrym. Coś się chyba należy za trud i poświęcenie?

P.S. Pytanie do redaktora Ciastonia. Jak Pan wytrzymał? Ja bym parsknęła śmiechem po odpowiedzi na pierwsze pytanie, o dalszych wywodach nie wspominając. ;-)

poniedziałek, 15 lutego 2010
Przewidzenie?

Jestem w ciężkim szoku. Jeszcze nigdy nie wiedziałam tak fatalnej gry Łukasza Kubota. Ba! Wątpię, że kiedykolwiek widziałam, słabszego od Polaka, finałowego przegranego. Parodia spotkania na najwyższym poziomie. Łukasz serwował w sposób, który jest dla mnie niewytłumaczalny. Słowo OUT było bohaterem meczu.

W pamiętnym finale Serbia Open, nasz rodak stoczył odważny pojedynek z Novakiem Djokoviciem. Pełne trybuny, kibicujące swojemu reprezentantowi go nie zdeprymowały, miał szansę wygrać seta. Tymczasem w drugim w swojej karierze finale turnieju ATP, zaprezentował się katastrofalnie. Kameralny obiekt w Costa do Sauipe, a także 22 w światowym rankingu Juan Carlos Ferrero stworzyli presję na tyle olbrzymią, że Polak poddał się jeszcze na starcie. Popełnił cztery podwójne błędy serwisowe, zdobył 24 punkty na 80 prób! Mało? Pierwsze podanie serwisowe przypieczętował triumfem 6 na 19 razy, co daje skuteczność na poziomie 32%! Jeszcze gorzej wypada w statystykach dotyczących drugiego podania- 5/24 (21%). Do tego rozpaczliwe dropszoty, które były wodą na młyn dla Hispzana. No i próbował szczęścia przy siatce, ale i tam był ogrywany. Spotkanie trwało ledwie godzinę, a Ferrero nie musiał robić praktycznie nic, by wygrać.

Najgorsze było jednak to, że Łukasz Kubot wcale nie wyglądał na człowieka, który tą sromotną klęską się przejmuje. Żadnego rzucania rakietą, (kto wie może to by pomogło?), żadnego przekleństwa, żadnej sportowej złości. Tak jakby od początku wiedział, że to starcie jest przegrane. Nie jestem w stanie pojąć, dlaczego odpuścił finał? To nie było tak, jak w maju 2009 w Serbii, gdzie nie miał najmniejszych szans. Teraz nadarzyła się okazja bardziej realna niż kiedykolwiek przedtem. Pierwszy triumf w turnieju ATP w karierze był na wyciągnięcie ręki, niestety Polak z tego zrezygnował. A przecież potrafi grać tenis na najwyższym poziomie, co mu przeszkodziło w tym, aby zaprezentować się w godny sposób? Zakpił sobie z kibiców, którzy liczyli na porządne widowisko. Z szelmowskim uśmieszkiem (w pewnym momencie, przed własnym podaniem zaczął się uśmiechać bez powodu) uderzał piłką w siatkę, albo poza linie. Parafrazując słynne reklamowe hasło: Łukasz Why?

Nie wiem czy ten zimny prysznic ma być dla Polka nauczką. Przez kilkadziesiąt minut wyglądał na zawodnika, który niczego bardziej nie pragnie, niż kubła z zimną wodą, który sam na siebie wyleje. Jest masochistą? Bo to był masochizm. Gra na poziomie mało rozgarniętego juniora, który dopiero czegoś się tam uczy o tenisie. Wypadek przy pracy? W takim razie jest to wypadek, który rykoszetem odbije się od jego kariery. Drugiej takiej szansy na zwycięstwo w turnieju ATP może już nigdy nie mieć.

Pełne statystyki:


poniedziałek, 25 stycznia 2010
Polonia rulezzzzzzzz

Nie ta z Warszawy, ale dosłowna Polonia w Australii. Trochę to wiejskie, jak 7 osób ubranych w oklepane polskie, biało-czerwone czapeczki z szalami, rozdziera tą dżentelmeńską ciszę. Wbrew jednak pozorom nasi tenisiści to docenili, a ja mam frajdę, że przynajmniej na trybunach w meczu 1/8 singla wygraliśmy. Kort należał do człowieka-orkiestry Novaka Djokovicia.

Jestem z tych, co oglądali belgradzki finał z ubiegłego roku. Ostatni mecz światowej trójki, wtedy jeszcze z tenisistą spoza czołowej setki. „Djoko” grał u siebie, Kubot przepchał się przez wszystkie rundy z imponującą zręcznością. Polak nie wygrał finału, bo i nie było takiej możliwości, ale walczył, mógł urwać seta. Wstałam dziś o czwartej rano z nadzieją, iż mecz z tamtego turnieju Łukasz bardzo dobrze zapamiętał, że wyciągnie wnioski, wreszcie pozytywnie nastawi i stoczy wyrównany bój z Novakiem. Ale dwa pierwsze sety, to było tylko czysta metafizyczna obecność na arenie, obecność, która niewiele miała wspólnego z tworzeniem widowiska. Kreatorem był Djoković, zepchnął Kubota w głąb kortu, każdą jego próbę dojścia do siatki, kończył efektownym zagraniem, nie męczył się, nie grymasił, grał. W trzecim secie Łukasz dostał kopa, bo Serb sam mu go wymierzył, ruszył zatem, wygrywając pięć gemów. To było jednak absolutnie wszystko ze strony Polaka. Styl porażki mógł być lepszy, ale Łukasz ni mniej ni więcej, wyjaśniał na pomeczowej konferencji, że ma gorączkę, normalnie, to by odpuścił, ale czwartej rundy z Djokoviciem na drugim korcie się nie odpuszcza, więc wyszedł i spróbował. Widziałam jak wycierał nos podczas obowiązkowych przerw, tłumaczenie Kubota przyjmuję, co nie zmienia faktu, że żałuję tego meczu.

Nie wiem na ile ograniczała go gorączka, ale przez cały ten pojedynek, Łukasz mógł drwić sobie z konkurenta, ryzykować bez sensu, rzucać się do wszystkich, nawet beznadziejnych piłek, przeciągać strunę. Miał na to pełne przyzwolenie, bo to dla niego czwarta runda była historycznym osiągnięciem. Celem, którego być może nawet nie zakładał, szansą, której się nie spodziewał. Novak Djoković był tym, który ryzykuje reputacją. On wygrać musiał, by nie narazić się na wieczne wypominanie jednego meczu i krytykę ekspertów, dziennikarzy, kibiców. Ale Kubot był zrezygnowany, nieprzekonany kompletnie, że może pokąsać Serba. Poddał się temu, co na niego czekało, bezwiednie tracąc kontrolę nad własnym podaniem, każdą piłką, którą posyłał mu Novak. Gorączka czy jednak bezsilność?

Turniej za turniejem, rok za rokiem, czekaliśmy na Polaka, który zagra w Wielkim Szlemie i jeszcze wygra jakieś mecze, albo mecz. Czasem udawał się sam awans, czasem trzecia runda, na początek 2010 dostaliśmy 1/8 finału Australian Open. Wynik historyczny, czek wprost proporcjonalny do wysiłku, który włożył Polak. Punkty do rankingu, umożliwiające dalsze granie z czołówką światową. Jak na jeden turniej i dwa wygrane pojedynki, to gigantyczny skok do przodu. Wymagania rosną, na zasadzie „dasz palec, a odgryzą rękę”. Polaka w TOP100 nie było latami, a gdy już się przebił, my, kibice musimy uszanować parę faktów. I z tą myślą żegnam singlowy występ Łukasza Kubota. Wierząc, że wróci do zdrowia i pisania swojej historii w polskich kronikach tenisowych.

czwartek, 07 stycznia 2010
Frustracja po meczu z Troickim

Jestem na Kubota wściekła, bo czego jak czego, ale chyba można oczekiwać od tenisisty dobijającego do „trzydziestki”, że nie puszczą mu nerwy przy stanie 5:2 w trzecim secie, gdy mecz ma praktycznie wygrany? Viktor Troicki, który w rankingu ATP jest na 29 miejscu, niczym szczególnym w tym pojedynku się nie wyróżniał. Kubot przełamał go cztery razy w całym meczu. Irytacja jest podwójna, bo miał szansę w półfinale zagrać z Nadalem i choćby przegrał z Hiszpanem 6:0, 6:0, to ja chciałam, żeby na takim pułapie turnieju, z tak wybitnym przeciwnikiem Polak się zmierzył. Nie zmierzy się, sama właściwie nie wiem dlaczego.

Zaczął mecz od gema serwisowego wygranego „na sucho”. Droczyli się z Serbem do stanu 2:2, potem obaj przełamali swoje podania po dwa razy. Na szczęście dla Kubota, Troicki zaczął seryjnie psuć pierwszy serwis, a jak już doszło do wymiany, to albo uderzał za mocno, albo nie dobiegał do piłek. Wszystko pięknie, jak w meczu z Ciliciem, wtedy też uczknął pierwszego seta Chorwatowi. Drugą partię ustawiło jedno, jedyne przełamanie Troickiego. Trzecia, to jakaś kompletna klapa. Wyszedł Łukasz na 3:1, szybko doszło do przełamania powrotnego, potem znowuż udało mu się wyjść na prowadzenie 4:2, a po własnym gemie serwisowym było 5:2! Zaczęłam gratulować, wyobrażać sobie potencjalny mecz z Rafaelem Nadalem, a Polak w tym czasie zaprezentował jakąś mieliznę psychologiczno-sportową. Na gorąco po spotkaniu mam wrażenie, że sprowokował tą porażkę, takim półuśmieszkiem, który pojawił się na jego twarzy, gdy zbierał piłki i szykował się do gema, który miał być ostatnim, który miał dać mu awans do półfinału. Się urwał ze smyczy ten Troicki, a Łukasz stanął tylko i się gapił, jak piesek z jego kością ucieka.

To był pierwszy tenisowy mecz, który obejrzałam w nowym roku i szczerze po czymś takim nie mam ochoty na kolejne. Miał zagrać z Nadalem, a co jeśliby wygrał? Już się nie przekonam. Łukasz gra na tym samym poziomie, na jakim grał w roku ubiegłym. Póki, co nie potrafię orzec, czy jeszcze się poprawił, jest zdecydowanie za wcześnie. Dwa zwycięstwa w Doha pozwolą mu wrócić do setki rankingu, ale jakoś nie potrafię się cieszyć, bo żal mi jak cholera tego meczu z Troickim. Trochę podobny do ich starcia w pierwszej rundzie Rolanda Garrosa. Pięciosetówka, przerwana opadami deszczu, skończyła się zwycięstwem Serba.

Bez względu na to, jak durne było potknięcie w ostatnim meczu katarskiego turnieju, trzeba mu oddać, że swoje zrobił. Sezon jest bardzo długi, zwycięstwa tak czy siak, będą przeplatane porażkami Najważniejsze, żeby trzymał się tego, co wypracował w ostatnim czasie. Po dwóch godzinach i trzydziestu minutach spędzonych przed monitorem, uznałam, że więcej Kubota oglądać nie chcę, bo to strata czasu, ale przede wszystkim nerwów. Jednak chyba nikt się nie zdziwi, jak znowu znajdzie się na tym blogu relację z jakiegoś spotkania tego tenisisty. Mam do Łukasza słabość, więc prędzej czy później i tak jego gra będzie mi spędzać sen z powiek.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5