sobota, 31 lipca 2010
Medalowa pocztówka z Barcelony

Mistrzostwa Europy w Lekkoatletyce, do wczoraj niekoniecznie przebiegały według wymarzonego scenariusza. Joanna Wiśniewski, czy Grzegorz Sudoł, nieco przypudrowali nieudany występ Anity Włodarczyk. Poza tym mieliśmy do czynienia z katastrofą Artura Nogi, który poturbowany nie mógł pokazać swoich możliwości. A wicemistrz świata Szymon Ziółkowski, zadowolił się ledwie 4 miejscem w Europie. Czekanie na „tłusty” dzień w polskim wykonaniu, stawało się coraz bardziej uciążliwe, ale wreszcie dziś wszystko poszło jak z płatka(?).

Żal ogromny do siebie samego miał Tomek Majewski. Naprawdę mało jest takich fajnych chłopów jak On. Po złocie olimpijskim, konsekwentnie udowadniał, iż poza klasą sportową, posiada także tą mentalną. Porażki z Cantwellem- jakkolwiek przykre-traktuje ambicjonalnie. Wielokrotnie dawał nam do zrozumienia, że ostatnie słowo w tym duecie może należeć do Niego. Na ME w Barcelonie, w zdobyciu złota nie przeszkodził mu jednak rezolutny Amerykanin, a dwa centymetry. Andriej Michniewicz wykorzystał słabszą dyspozycję Polaka, pchnął centymetr dalej i wygrał. Majewski został z niczym ze srebrem, później przez zaciśnięte zęby w TVP tłumaczył, dlaczego przegrał. Po wczorajszych doświadczeniach wolę srebro niż brąz, który przecież też mógł mu się przytrafić. W klasyfikacji medalowej jesteśmy trochę do przodu.

Kiedy berlińscy idole zawodzą, do akcji wkracza Marcin Lewandowski. Jego nazwisko kojarzy mi się z piłką nożną, ale On polskiej piłki mógłby nauczyć ciężkiej pracy. Po afrykańskich treningach, po obiecujących występach w Diamentowej Lidze, dla niego było oczywiste, że w Barcelonie musi wybiegać złoto. Zrobił to bez zbędnych ceregieli. Kolega Kszczot na tyłach obstawił miejsce trzecie. I w ten oto prosty sposób, Polska na ME już ma medali sześć.

Na siódmy zapracował Przemysław Czerwiński. Gdy jego koleżanki po fachu opalają się, tudzież leczą, Polak wyskakał o tyczce 5.75, i sięgnął po brąz. Może pomógł mu zawieszony na szyi różaniec? Może wymodlił błędy Włocha Gibilisco? Fakty są jednak namacalne: Czerwiński honoru polskiej tyczki nie dał zrugać, więc stanie na podium. Dzięki.

Dzień ostatni ME w Lekkoatletyce, będzie stał pod znakiem występów sztafet i naszego cudownego Piotrka Małachowskiego. Wolę nie pisać, że będzie złoto, bo doświadczenie uczy, iż o złoto nawet naszym filarom trudno w Hiszpanii. Oby dyski nie przegrzały się w słonecznej Barcelonie, mięśnie u naszych biegaczy pracowały w najlepsze, a poszukiwacze przygód w naszej kadrze, niech pokuszą się o kolejne niespodzianki. Nie możecie wszak przylecieć do Polski bez dwucyfrowej liczby medali. Obiecał nam ich- co najmniej 10-wasz prezes Jerzy Skucha. Trzymam nieustannie za słowo!

A gdy już ME dobiegną końca, biegnijcie szybko do najbliższego kina na „Incepcję”. Pasjonatka jest zachwycona, Pasjonatka myśli o tym filmie bez przerwy, z przerwą na relacje TVP z Barcelony. Więcej o tej kapitalnej produkcji na „M-P”. Do poczytania dla tych, co jeszcze przed seansem, i dla tych, co już po. Pozdrawiam letnio.

21:58, pasjonatka.sportu , Na innych arenach
Link Komentarze (6) »
niedziela, 30 maja 2010
Albert walczył

Umówmy się: trzeba było wyjątkowego zbiegu okoliczności, niespotykanego w boksie na tym poziomie, by Albert Sosnowski mógł pokonać Witalija Kliczkę. Dawałam Polakowi góra sześć minut walki, a wytrzymał 10 rund. Kiedy występują tak nierówne proporcje w umiejętnościach, doświadczeniu, talencie, trzeba się cieszyć, że wielkiego wstydu po tej walce nie będzie.

A mógł tak po prostu dać się zlać w kilkadziesiąt sekund, jak niegdyś Gołota. I nawet nie mielibyśmy prawa roszczyć sobie pretensji, w końcu Albertowi do legendy i statusu Andrzeja bardzo daleko. Tymczasem- choć mocno spięty i poddenerowany- walczył ile fabryka dała, byle tylko po wszystkim móc spojrzeć innym w oczy i przyznać, że zrobił absolutnie wszystko, by wyjść z twarzą. To się ceni.

Utrwali się w mojej świadomości, jako bokser walczący o wszystko, który tak zupełnie naturalnie przegrał, przegrał bez sensacji i niesmaku. Wykazał się też odwagą. Niełatwo jest brać udział w zabawie, która ma z góry wyznaczonego zwycięzcę. Duże brawa i uznanie dla Alberta Sosnowskiego, więcej zrobić nie mógł.

P.S. Moja Propaganda

17:32, pasjonatka.sportu , Na innych arenach
Link Komentarze (9) »
niedziela, 25 kwietnia 2010
Siła Adamka

Jak to jest, napiszcie mi, że facet ważący kilkanaście kilogramów więcej, mający sporą przewagę, jednak przegrywa? Nawet przy całej mojej sympatii do Adamka, nie robiłam sobie nadziei, że zdoła z trzeciego swojego pojedynku w wadze ciężkiej, wyjść zwycięsko. Ktoś zauważy- przez dwanaście rund Tomasz Adamek uciekał Arreoli. Ale Polak nie wygląda jak Wałujew, jego najpewniejszą taktyką musi być unikanie rywala, zmuszanie do prób ataku, które systematycznie osłabiają siłę, Tomkowi przy okazji dając czas na wykonanie całego planu. Powiedział A, powiedział B, powiedział C, czy D ma oznaczać pas mistrzowski?

Sam Chris Arreola, bez zbędnego użalania się nad sobą, po walce uznał wyższość Adamka. Z punktu widzenia, dość częstych ostatnio pretensji o zasady punktowania sędziów, takie otwarte docenienie klasy zwycięzcy przez przegranego, jest ważne. Prawdopodobnie można znaleźć dziurę w całym, prawdopodobnie, gdzieś za oceanem ktoś zauważy minusy Polaka, ja ich szukać nie zamierzam. Jeśli mamy mu kibicować w drodze po pas mistrzowski, trzeba sobie odpuścić, zostawić poprawki Adamkowi i jego współpracownikom.

Haye, bądź któryś z braci Kliczków, będzie następną przeszkodą do celu. Kiedy Tomek boksował się z Gołotą, wątpliwości nie mieliśmy. Nie mieliśmy ich też przy okazji jego walki z Jasonem Estradą. Arreola, choć w gruncie rzeczy groźny, podzielił los poprzedników. Nawet, jeśli Haye, bądź Kliczkowie, to za wysokie progi, i nawet jeśli mają przewagę, to ring wcale nie okaże się polem do demonstracji ich siły. Adamek siłę ma w głowie, dlatego konkurencję załatwia inteligencją. Tak długo, jak oprze na tym taktykę, tak długo będzie równorzędnym partnerem do walki.

09:38, pasjonatka.sportu , Na innych arenach
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 04 stycznia 2010
Pierwszy, co nie narzeka

O Rafale Soniku ciężko napisać, że jest statystycznym, polskim reprezentantem. Jest reprezentantem Polski w rajdzie Dakar. Rajdzie, w którym żeby wystartować, trzeba mieć albo dobrego sponsora, albo sporo środków własnych. Sonik swój start opłaca sam, i co jest najfajniejsze w jego przypadku- nie narzeka!

Prezes Gemini Holding, firmy, która buduje hipermarkety, quadami zainteresował się pod koniec lat 90’, a w 2001 zaliczył swój pierwszy start. W poprzedniej edycji Dakaru był trzeci w klasyfikacji końcowej, w tej wygrał etap, po czym otrzymał karę za przekroczenie prędkości. Zadumałam nad Panem Sonikiem, ,bo udzielił fantastycznego- jak na polskie media- wywiadu, w którym odsłania nieco kulisy i samego rajdu, i pracy za biurkiem, a przede wszystkim swojego podejścia do sportów motorowych i spraw zawodowych.

Łatwo mnie kupił, bo już na początku uderzył w narodowe struny. -Ale rozpiera mnie duma, że jestem reprezentantem Polski, i że mam patronat Polskiego Związku Motorowego. Znacie choć jednego polskiego sportowca, który nie otrzymując ani złotówki z ministerstwa, polskich związków sportowych, sponsorów, w taki sposób traktuje pewnego rodzaju misję, jaką jest reprezentowanie kraju? W czasach, gdy dyskusję sprowadza się do poziomu zbyt cienkich kurtek, albo petycji wystosowywanych przeciw działaczom sportowym, znalazł się jeden Sonik, co nie narzeka, a nawet chwali swoją sytuację.

Zanim zarzucicie, że łatwo mu mieć taki stosunek do sprawy, bo jest bardzo zamożnym Polakiem, chciałabym nadmienić, że Rafał Sonik nie dość, że swoje hobby sam sobie sponsoruje, to jeszcze w zamian za ponadprzeciętne wyniki nie dostaje premii, nagród, a ponadto nikt z rządu, bądź Pałacu Prezydenckiego nie kłania mu się w pas. Te i inne fakty czynią go, na tle zrzędzących zazwyczaj reprezentantów naszego kraju, jednostką samowystarczalną, która zamiast ujadać, że nie otrzymuje publicznych pieniędzy na starty, robi swoje, za swoje i jeszcze jest dumny.

Wywiad z Sonikiem to miła odmiana od tego, co serwują nam polscy sportowcy, różnych dyscyplin, na co dzień. Nie cierpi chronicznie na malkontenctwo pierwszej klasy, ale ciekawie opowiada o swojej pasji, fascynacji, która podpowiedziała mu start w rajdzie Dakar- ekstremalnym, i dla twardzieli. Jeszcze jeden powód, by mu kibicować.

P.S. A w nowym roku, życzę sobie i Wam samych pozytywnych sportowych wrażeń i sukcesów na miarę złota w życiu prywatnym (nie lubię składać życzeń, więc są pokraczne jak zwykle;).

14:59, pasjonatka.sportu , Na innych arenach
Link Komentarze (10) »
niedziela, 27 grudnia 2009
Sportowa lista przebojów 2009

Przewertowałam pobieżnie całe archiwum tego bloga, by co nie co sobie przypomnieć. Zaimponował mi fakt, że sukcesy sportowe pod wieloma postaciami zajmowały znaczącą powierzchnię moich wpisów.

Dziesięć zaszczytnych miejsc, które bardzo ciężko było przydzielić. Ten harmider czasem niesłychanie satysfakcjonujący, a czasem przyprawiający o ból głowy, dawał mi poczucie, że polski sport żyje i oddycha coraz pełniej.

10. Wisła zdechła w Tallinie (tu czyt. zdechła tam polska liga)

To był dzień, jak co dzień, a jednak wyjątkowy. O pokazie bezradności dowiedziałam się z TVN24. Trudno było nie parsknąć śmiechem. Potem przyszła refleksja, denna dla wszystkich. Do LM awansował węgierski Debreczyn, ale Wisła nie. Czy to był gwóźdź do trumny polskiej Ekstraklasy? Za dużo ostatnio było tych gwoździ, porażka z Levadią stała się raczej symbolem nieporadności polskiej piłki na "europejskim poziomie".

9. Kubot w „setce”.

Przyznawać się- kto zapomniał, że gdzieś tam Kubot jeszcze odbija piłeczkę? Przypomniał o sobie w iście hollywoodzkim stylu. Biedny, zagubiony pracuś, który krok po kroku dąży do celu. Po Wojtku Fibaku nikomu nie udało się awansować do TOP100, ale Łukasz nareszcie tego dokonał. Meczu z Roddickiem nie zapomnimy, bo to była chwila na którą czekaliśmy latami.

8. GołotoAdamek Show!

„Walka stulecia” krzyczały internetowe portale i tytuły prasy. Chciałoby się sarkastycznie odkrzyknąć- „Durnota stulecia”. Lewy sierpowy, prawy sierpowy i to by było na tyle- Andrew ma dość. Pieniążki na kontach się zgadzają, można jeszcze odegrać minę cierpiętnika, tudzież wygranego i samolot do U.S. czeka.

7. Kubica na zakręcie.

Robert niewiele by stracił, gdyby zamiast bolidem ścigał się z kolegami na piechotę. Miniony sezon miał być próbą zdobycia tytułu przez Polaka. Dał nam Kubica w 2008 palec, a my chcieliśmy w 2009 rękę. Skończyło się na tym, że niedołężny wrak nie pozwolił mu wygrywać. Na osłodę zajął drugie miejsce w GP Brazylii i podpisał kontrakt z Renault.

6. Gortatomania

O ile Małyszomania, Kubicomania, Kowalczykomania zostały wywołane przez spektakularną dominację jednego/jednej z wymienionych. O tyle popularność Marcina Gortata jest głównie zasługą skrupulatnych działań PR-owych, których podjął się najlepszy polski koszykarz. O Gortacie mogliśmy dowiedzieć się wszystkiego wtedy, gdy walczył o mistrzostwo NBA, i wtedy, gdy uczył dzieciaki w całej Polsce grać w kosza, i wtedy, gdy występował w EuroBaskecie. Wykorzystał swój medialny potencjał do promowania koszykówki i przyznaję- udało mu się to do pewnego stopnia.

5. Szczypiorniści trzecią drużyną świata.

Przegrali z Macedonią i Niemcami i tylko zaślepieni szaleńcy dawali im szansę na medal. Oglądałam pierwszy mecz z Danią, później z Serbią z szacunku dla piłkarzy, a nie poczucia, że jest nadzieja. Kiedy pogodziłam się z tym, że to Norwegowie awansują do półfinału Siódmiak i Wenta wybili mi takie myśli z głowy. Te kilkanaście sekund przed końcem meczu o awans do „czwórki” kontemplowała” cała Polska. Opłacało się, bo mimo wyboistej trasy Polacy zawędrowali na trzecie miejsce podium MŚ.

4. Lekkoatletyczne szaleństwo

Jeden medal, drygi medal, trzeci, piąty, ósmy. Istny grad sukcesów podczas berlińskich MŚ w lekkiej atletyce. Kpiłam z faktu, że Isinbajewa może nie zdobyć złota- toż to była tylko formalność. Ale potem Anka Rogowska i Monika Pyrek cieszyły się z medali. Zresztą radość doprowadziła do tragedii. Anita Włodarczyk po pobiciu rekordu świata zrobiła sobie krzywdę. Szokiem był brąz Kamili Chudzik w siedmioboju i Sylwestra Bednarka w skoku wzwyż. W klasyfikacji medalowej wyprzedziliśmy Niemców, ot największy smaczek.;)

3. Kawałeczki z Beenhakkera

Burdel- pojęcie względne. W przypadku reprezentacji Polski A.D. 2009 oznaczające chaos, awantury, rozgardiasz, niekończącą się dysputę. Beenhakker zwolniony w telewizji, obrażony. Beenhakker krytykujący, cierpiący, wściekły. Ta produkcja spłodziła kilkadziesiąt barwnych epizodów, które niekoniecznie chcieliśmy śledzić. A wszystko to w myśl zasady, że „chodzi o dobro polskiej piłki”.

2. Justyna Kowalczyk complete.

Kowalczyk jest jak pasta do zębów 2 w 1. W przypadku specyfiku do szorowania jamy ustnej, chodzi o śnieżną biel i ochronę dziąseł, a w przypadku Kowalczyk o niezwykłą osobowość oraz niesamowity talent. Dzięki niej miasto Liberec, całkiem za darmo reklamowało się w Polsce w prime time, a prezes Tajner nie musiał występować w TV wyłącznie jako ekspert od skoków narciarskich. Kryształowa Kula przestała się kojarzyć Polakom z Adamek Małyszem, ale ze sportami zimowymi w ogóle.

1. Siatkarska potęga

Siatkarska potęga to nazwa kategorii, która skupia siatkarskie wpisy. Wymyślając ją kierowałam się ironią, a nie przekonaniem o trafności. Siatkarze, którzy przed ME byli w rozsypce, pokazali Europie, że nie mają sobie równych. Czy już Wam wspomniałam, że przed imprezą wykrakałam to złoto? Na pewno to czytaliście, nie omieszkałam o tym przypomnieć wielokrotnie po finale z Francją. Radość, euforia, duma. To wszystko dzięki chłopakom. Kapitalny turniej, wspaniała, heroiczna postawa. Bez wątpienia tytuł, który wywalczyli siatkarze, fakt, iż zagwarantowali nam tyle pozytywnych emocji, zasługuje na pierwsze miejsce w sportowej liście przebojów 2009.

22:18, pasjonatka.sportu , Na innych arenach
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5