środa, 16 marca 2011
Moja pierwsza LM (relacja live)

Ominęło mnie sporo w Lidze Mistrzów, ale muszę wreszcie otworzyć rok 2011. Niestetety trochę ze względu na tryb mojej pracy, trochę ze względu na lenistwo pofolgowalam sobie i jeszcze w nowym (?) roku nie obejrzalam żadnego meczu elitarnych rozgrywek. Wiem to wstyd i ujma, czas więc trochę się poemocjonować cudzymi sukcesami tudzież porażkami. Będzie dziś blogowanie live. Meczem bez wątpienia najbardziej emocjonującym jest pojedynek Realu z Lyonem. Boję się kibicować Realowi....

20:15 Już po szybkiej lekturze wprowadzającej redaktora Steca, trochę spokojniej podchodzę do meczu. Mam w końcu lekką tremę, bo dawno nie miałam okazji trochę poobcować z kulturą sportową na ekranie. W razie czego macie mnie ganić za błędy. ;P

20.24 Rozwijam swoją myśl pt. "Dlaczego boję się kibicować Realowi". W latach ubiegłych im bardzije im kibicowałam, tym gorzej potem się czułam. Prawdopodonie nikt nie zdiagnozował blokady Realu. Bo logicznego uzasadnienia ich niemocy w 1/8 LM wciąż nie ma. To trochę tak, jakby im ktoś poprzeczkę znienacka w ostatniej chwili podwyższał.

20.28 Pozdrowienia do studia nSport, szczególnie dla Michała Pola. ;P Słucham was, słucham uważnie...

20.35 Ciekawe jak zagra Ronaldo? Ciekawe czy gola strzeli Benzema? Pierwszy w cieniu drugiego, czy żaden bez błysku, ale Real z awansem?

20.45 W relacji "zczuba.pl" taki tekst: "[...]Hiszpanie mogą być podbudowani sytuacją ligową[...]". Mogą? Mogą? Znam miliony przykładów sprzecznych z tym stwierdzeniem, bo w LM piłkarze inaczej się czują.

21.10 Real trochę się miota, a Lyon to wykorzystuje. Grają na przetrwanie? Leniwie się opierają temu boisku w Madrycie, swojemu boisku. Zagrajcie wreszcie tak, że szczęki nam opadną!

21.12 Jak pierwszy raz zobaczyłam dziś C.Ronaldo pomyślałam, że On właśnie wyszedł z salonu fryzjerskiego, nie z szatni. Metroseksualizm na prawdę nie jest taki modny, jak mówią!

21.23 Nareszcie! Real goni swoje marzenie o awansie, goni skutecznie. Po podaniu CR7, gola strzela Marcelo! Czyżby nareszcie klątwa miała zostać zdjęta dziś wieczorem?

21.35 Incydent Benzemy jednak ze spalonego, więc nie zmienia wyniku. Na razie oglądam ten mecz spokojnie, z uśmiechem na ustach. Chyba wszystko idzie zgodnie z planem Mourinho...

21.40 Ciężko przypuszczać, by Real zmarnował zaliczkę, którą wydarł pazurami rywalom. Najwyraźniej bolesne doświadczenia z poprzednich klęsk, Królewscy mają za sobą. To stuprocentowa zasługa portugalskiego bossa?

21.43 Byłabym zapomniała! Głębokie ukłony dla Llorisa! Ten facet dzisiaj robi co może, żeby ochronić jak najwięcej zębów przed pięściami Realu Madryt.

21.48 Drugą połowę czas rozpocząć! Oby bardziej emocjonująca, z szczęśliwym zakończeniem. Może być nawt łzawo, w końcu romantyczka ze mnie. ;)

22.12 Benzema najpierw ładnie i teatralnie położył się w polu karnym, ale sędziego nie oszukał. Chwilę później jego teatyralność nabrała bardziej wiarygodny kształt i mamy 2:0! Kolejny gol za nami.

22.18 Dla chcącego nic trudnego! Kiedy Real prowadzi w dwumeczu 1/8 LM 3:1, aż ciężko uwierzyć, że jeszcze wczoraj tuzin innych zespołów ich potrafił poturbować śmiertelnie.

22.25 Angel DiMaria nie pozostawia nam żadnych pytań i wątpliwości. Real zrobił milowy krok. W senasie sportowym ten awans ma znaczenie bardzo niewielkie, bo Real miał wygrać i wygrał. Inaczej sprawa wygląda pod kontem historii i mentalnych niuansów. Pękła właśnie pewna oporna tama.

22.40 Przyjemnie się ogląda taki Real, który wie czego chce, i wie jak to osiągnąć. Ten porządek był w tym spotkaniu kluczem do awansu.

22.42 Kto wie, być może pokonanie tego muru jest kulminacyjnym momentem? Może Królewscy od teraz już w LM będą nie do zdarcia?

22.45 Miło się relacjonowało. Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam. Real jest w ćwierćfinale LM, czego im szczerze gratuluję, a ja dobrnęłam do końca tego wieczoru. Dobranoc. ;)

Moja Propaganda

sobota, 04 września 2010
Trudna kuracja francuskiej kadry

Nie wystarczy wymienić trenera i piłkarzy, by wygrywać. Do jakiejkolwiek głębokiej zmiany, niezbędna jest świadomość katastrofy. Alkoholik przestaje pić i idzie na odwyk nie w momencie, kiedy wszystko traci. To go raczej popycha do dalszego uzależnienia. Alkoholik decyduje się na terapię dopiero, gdy w jego głowie dojdzie do symbolicznego kliknięcia. Kiedy przeskakuje z fazy użalania się nad sobą i rozpamiętywania błędów, w fazę działania. Czasem mobilizacja pojawia się z nikąd. Ot wstajesz rano, patrzysz w lustro i wiesz, że to jest ten dzień, by zmienić wszystko.

To nie przypadek, że nad psychologicznymi aspektami terapii ludzkiego umysłu, rozwodziłam się w pierwszym akapicie. Cały ten wywód jest aluzją do będącej wciąż na kolanach reprezentacji Francji. Europejski potentat, pod koniec lat 90’, intensywnie pobudzał wyobraźnię. Po kilu latach stagnacji „Trójkolorowi” w dobrym stylu zostali wicemistrzami świata. Ale po wywalczeniu Mistrzostwa Europy wielokrotnie grzeszyli. Bruździli we własnym gnieździe. W poszukiwaniu odpowiedzi, ile jest w stanie znieść ten piłkarski moloch na glinianych nogach, posnęli się bardzo daleko. Klapki im z oczu opadły. Francuzi, jak żaden inny zespół, po MŚ 2010 zrozumieli hańbę, którą się okryli. Jak nikt inny zdają sobie sprawę z katastrofy. Cała Francja wie, że dzieje się źle. Ale cała Francja wciąż nic na to nie może poradzić.

Najlepszym tego przykładem jest oczywiście porażka z Białorusią 0:1, w eliminacjach do EURO 2012. Jeszcze nie zabliźniły się rany po jednej tragedii, a już nowa drużyna, z nowym trenerem wysmażyła kolejny. Ja podobnie jak kibice francuscy, kibice z całego świata, staram się nadążać za tym problemem. Pytanie brzmi: gdzie usytuowana jest przeszkoda, która rozbija w drobny mak wszelkie starania? Gdzie jest ten kamień, o który wszyscy bez wyjątku potykają się na prostej drodze?

I myślę sobie, że skoro tak wiele możliwości wykorzystano, by reprezentacja Francji znów błyszczała. Skoro nie pomogły gruntowe zmiany, rewolucja, narodowa dyskusja nad patriotyzmem piłkarzy, ostra krytyka władz. Może tą najbanalniejszą odpowiedzią jest czas. Stojąc na wzniesieniu widzimy więcej. Obserwujemy z góry budynki i miejsca, które gdzieś tam mijaliśmy wiele razy. Zawsze wtedy wyglądają inaczej, bo obserwowane z perspektywy są odarte z emocji, wywoływanych, kiedy mamy z czymś kontakt bardzo bliski. Z perspektywy czasu widać więcej, widać wyraźniej, przy czym emocjonalne pobudki blakną. Na tym polega owe kliknięcie w głowie, zmieniające człowieka z słabego i bezradnego, w pełnego wiary siły i motywacji do naprawiania błędów.

Mylą się ci, którzy oczekiwali powrotu do glorii chwały w dwa miesiące. Francja nie jest w stanie w tak krótkim czasie tego dokonać. Ta kadra przeszła tak wiele, i tak wiele popsuła, że naprawianie wszystkich elementów nie może, a MUSI trwać.

To trochę tak jak z moim odchudzaniem. Nie pisałam się na dietę cud, która mnie wyszczupli w dwa tygodnie. Zapisałam się na wiele miesięcy mozolnej, nudnej, uciążliwej pracy nad sobą. Zaczęłam wygrywać powoli, niewidocznie, lecz regularnie. To samo muszą uczynić nie tylko piłkarze francuscy, sztab szkoleniowy, ale całe społeczeństwo piłkarskie w tym kraju. Mają nadwagę, ale też mają w pamięci sylwetkę swojej drużyny sprzed lat. Znów mogą tak wyglądać. Znów ich zespoł może być supermodelką. Tylko cierpliwości, cierpliwości potrzeba. Wszystkich bez wyjątku.

 

P.S. Na "M-P" nowe wpisy. Zapraszam.

czwartek, 03 czerwca 2010
Żegnaj Benitez!

Z Liverpoolu odchodzi Rafa Benitez. Szkoda Wam go? Katastrofalne wyniki The Reds w minionym sezonie to jedno; zbiegły się ku ogólnemu zaskoczeniu, z kompromitacją w Lidze Mistrzów. Włodarze pewnie byli przyzwyczajeni do faktu, że notorycznie zespół Beniteza- delikatnie ujmując- odstaje od późniejszego mistrza kraju. Czara goryczy przelała się, gdy Hiszpan dał ciała w rozgrywkach, które ugruntowały jego pozycję na rynku trenerskim, a ponadto nie utrzymał klubu w Wielkiej Czwórce.

Miesiąc miodowy po epickim triumfie w finale Champions League, trwał dość długo. Kibice Liverpoolu z czułością- którą wywoływała myśl o jednym pamiętnym meczu- wiele darowali Rafie Benitezowi. To nie było tak, że ktoś się na kogoś obraził, nie dał szansy, nieelegancko potraktował. Wszyscy obserwowaliśmy wystarczająco długo przygodę tego coach’a z angielską piłką. Upadał na twardej wyspiarskiej murawie, i podnosił się, gdy czekały stadiony europejskie. Łatwo wybaczyć i zapomnieć lokalny wstyd, wszakże ambasadorem, Benitez był genialnym. Na dłuższą metę takie funkcjonowanie musiało zostać zakłócone. Efekt? Koniec współpracy Hiszpana z Liverpoolem.

Gdybym była właścicielką tego klubu, to przy całym sentymencie, jakim darzę Rafę Beniteza, ugięłabym się pod presją wyników. I chyba fani The Reds też to czują. Decyzja o rozwiązaniu kontraktu nie jest kontrowersyjna, raczej spodziewana, może nawet przez niektórych wyczekiwana. Zmieni się klimat na Anfield, czy będzie lepiej?

Druzgocące miejsce w tabeli zakończonego sezonu, pozbawia wielu możliwości Liverpool. Ktoś musi teraz wejść w tę zagrodę i uporządkować rozgonione towarzystwo. Nowym zbawicielem może zostać każdy. Wcale nie jest powiedziane, że Liverpool powinien koniecznie zaopatrzyć się w trenera z wielkim nazwiskiem. W zasadzie im mniej zainteresowania będzie wzbudzał przyszły boss, tym lepiej. Zgodzicie się chyba, że ostatni rok wystarczająco często dostarczał pożywki angielskim mediom, jeśli idzie o wyczyny Liverpoolu. A niech tam postawią na kogoś dostatecznie rozgarniętego, kto odpowiednio zaprzęże zgraję ogierów z szatni, żyjących ostatnio w mocnym odrealnieniu, przez pasmo klęsk, których choć się starali, nie uniknęli.

A co z Benitezem? Włoski kierunek? Radziłabym wstrzymać się z parafowaniem kontraktu. Za ponad miesiąc będzie sporo wolnych etatów. Co prawda Hiszpan jeszcze nigdy nie był selekcjonerem kadry, ale w futbolu reprezentacyjnym- jak nazwa wskazuje- o powszechne reprezentowanie chodzi. Specjalizowanie się w rozgrywaniu kilku, względnie kilkunastu dobrych meczy w roku. Śmiem podejrzewać, że człowiek, który w rozgrywkach krajowych radził sobie gorzej niż rozgrywkach międzynarodowych, dałby radę przestawić się- przy nakładzie dość niewielkich sił- na piłkę nożną z flagą narodową w tle. Powodzenia trenerze!

P.S. Na "M-P" o moim ULUBIONYM filmie.

niedziela, 23 maja 2010
Liga Mistrzów 2009/2010 w pigułce

NAJLEPSZY MECZ: Zlatan Ibrahimović po 60 minutach tego spotkania, pewnie całkiem zasadnie założył, że teoretycznie dwumecz z Arsenalem Londyn, właśnie się zakończył. Na Emirates Stadium dokonał egzekucji, ściął głowy skazanych więźniów. A potem- jak w horrorze- rozczłonkowane trupy ożyły i niemal śmiertelnie Barcelonę wystraszyły. Zombie Walcott i zombie Fabregas doprowadzili do palpitacji serca, zespół całkowicie pewny swojej dobrze wykonanej roboty. Arsenalowi w ćwierćfinale LM nie udało się wygrać wojny z Barceloną, ale „wygrali” bardzo cenną bitwę w Londynie.

NAJLEPSZY GOL: Po czym poznać, że dany gol jest czymś więcej, niż tylko zwykłym golem? Kiedy oglądanie powtórki po raz 35, wciąż wywołuje ten sam zachwyt. Projektantem i wykonawcą, tego najbardziej „naj” w minionym sezonie Champions League, był bliżej nieznany piłkarz Rubina Kazań, Aleksandr Riazancew. Tego typu bramki padają zawsze, gdy publika się tego najmniej spodziewa.

NAJLEPSZY PIŁKARZ: Hmmmm…? Królem strzelców został Messi, ale nie wyróżnię piłkarza, którego wyróżniać już nie trzeba. Diego Milito znaczącą część swojego dorobku bramkowego, zainkasował w samym tylko finale LM. Takie wyczyny się pamięta. Tak samo jak pamiętam, iż facet ma już na karku 31 lat, a mimo tego agresywnością swojego ataku zawstydziłby wielu młodszych kolegów. Za dwa gole strzelone w madryckim finale, za wytrwałość, za pokorę, za całokształt jest najlepszym piłkarzem tego sezonu LM.


BOHATEROWIE EDYCJI: Czyli mniejsi też potrafią w tych rozgrywkach nieźle walczyć. Palmę pierwszeństwa, bezdyskusyjnie dzierży Unirea Urziceni. Dan Petrescu wypruł sobie żyły, ale odniósł spektakularny sukces. Jesienią pękaliśmy z zażenowania i skruchy, gdy oglądaliśmy, jak jego drużyna rozprawia się z Rangersami w Glasgow, albo w Bukareszcie zdobywa trzy punkty, z nieporównywalnie lepszą Sevillą. Trener w Polsce skreślony, zmiażdżony, wysłany na rumuńską prowincję oszołomił wszystkich.

NAJGORSZY ZESPÓŁ: To była bardzo nieprzyjemna niespodzianka. Twarde lądowanie z samego wierzchołka. Ileż to się nawygrywał Liverpool przez ostatnie lata. Wielka sława Beniteza, i metka trenera radzącego sobie wyśmienicie na europejskim gruncie. Ten sam człowiek nie zdołał swojego zespołu przepchać do 1/8 finału LM. Czyja to wina, że Liverpool tak zawiódł?

WIELCY PRZEGRANI: Panie i Panowie the winner is…Real Madryt ex aequo z AC Milan. Specjalnie spróbowałam zbudować napięcie, bo liderzy tego rankingu od dawna są powszechnie znani. Wielka klęska Milanu na Old Trafford potwierdziła, że piłkarskie imperium premiera Berlusconiego, systematycznie podupada. Real przemilczę, wystarczająco często analizowałam przyczyny ich zagłady w tym sezonie. Wnioski nasuwają się same przez się.

NAJGORSZY OSOBNIK: W zeszłym roku- w podobnej kategorii- wyróżniłam Toma Henninga Ovrebo. I tym razem ciężko o nim zapomnieć. Przyczynił się do wyeliminowania Fiorentiny przez Bayern. A już na przykład Martin Hansson, był obarczany przez Arsene Wengera, winą za utratę drugiego gola w meczu 1/8, pomiędzy Porto i Arsenalem. Sadoma i Gomora była z tymi arbitrami. Boję się myśleć, co nam zgotują podczas mundialu. Szczęście w nieszczęściu, że pan Webb darował sobie główną rolę w finale.

P.S. Jak zwykle zapraszam na "M-P".

Szczęśliwe zakończenie

Piłka nożna może być dramatem, może być komedią, może być thrillerem, ale wszystkie te gatunki, powinno łączyć niezmiennie, szczęśliwe zakończenie. Oglądając finał Ligi Mistrzów 2009/2010, czułam, że happy end właśnie zapełnia resztę fabuły, tej niezwykle trudnej i wyboistej historii.

Musiało minąć ponad 40 lat, musiało wielu piłkarzy karierę zakończyć, wielu rozpocząć, wielu przerwać. Ogromna przestrzeń czasowa, wypełniona nierzadko beznadziejną wiarą, iż Inter Europę kiedyś podbije. Massimo Moratti tą szaloną wiarę żywił. Kiedy wielu sportowców i działaczy woli pójść na łatwiznę, swoją własną drużką, okraszoną milionami euro, powędrował włoski marzyciel. Doszedł do szczytu, w miejsce, gdzie każdy, nawet najmniejszy trud, zostaje obficie wynagrodzony. Obserwowałam rozanielonego prezesa Interu, który w towarzystwie swojego pełnomocnika Mourinho, wspinał się po trybunie Santiago Bernabeu, by pucharu dotknąć, zabrać pamiątkowy medal. Ludzi tak spełnionych w futbolu jest niewielu, a jeszcze mniej tych, którzy o spełnienie walczyli równie dzielnie, co Moratti.

Musiało minąć sześć lat, musiało wielu piłkarzy kluby zmienić. Zegar dla Jose Mourinho tykał tak samo, jak dla innych. Opuścił FC Porto, zajął się budowaniem mocarstwa Chelsea Londyn. Z wsparciem ekscentrycznego, rosyjskiego oligarchy, w Anglii zdminował rozgrywki. Ale to o Europę chodziło. Posprzątał po sobie na Wyspach, ruszył dalej na południe. Italia nietuzinkowego bossa przejęła z otwartymi rękoma. Portugalczyk z miejsca zgarnął dla Interu w Serie A wszystko, ale to o Europę chodziło. Jak zwykle nie oczekiwano od niego powtarzania, powtarzalnych sukcesów, a dokonania czegoś, co tak fantastycznie sprawdziło się w Porto. Kumulował energię przez sześć lat, dał jej upust w Mediolanie, a finałem w Madrycie sprecyzował znaczenie The Special One. Wiemy, że jego siła, moc oddziaływania, tkwią w głowie, gdzie rodzą się i umierają wszelkie pomysły i idee. Lecz to serce Jose, błogością i spokojem, kontroluje ostateczne wizje. Przetransportowanie ich do umysłów piłkarzy, to już kwestia charyzmy, której Mourinho ma pod dostatkiem.

I tak wpatrywałam się w obu współtwórców gigantycznego sukcesu Interu Mediolan, aż wreszcie w którymś momencie, dogoniło mnie wzruszenie. Tak łatwo docenić zespół kompletny, pochwalić transfery, zachwycić istotą piłki nożnej. Cóż to jednak znaczy, gdy końcowy efekt doprowadza do żalu i smutku. Dopiero kiedy wygrywa się pomimo czegoś, a nie dzięki czemuś, dopiero wtedy smak chwały ma ponadczasowe znaczenie. Całe moje serce cieszy zwycięstwo Interu Mediolan w Lidze Mistrzów. Bo też całe moje serce kocha futbolowych frustratów, którzy na samym końcu obsesji, doznają szczęśliwego zakończenia.

P.S. Co powie Jarek?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13