piątek, 25 marca 2011
Era Małysza

Ten tekst nie miał prawa powstać. Pod adresem Małysza- od chwili, gdy oficjalnie ogłosił zakończenie kariery- padły miliony ciepłych słów, wylano hektolitry łez, pokazano setki zdjęć, wyemitowano dziesiątki materiałów podsumowujących bogatą karierę. Cokolwiek nie napiszę, zabrzmi to beznadziejnie miałko, i wpadnie do jednego wora z innymi pochwalnymi pieśniami. I chyba dlatego cieszę się, iż Adam Małysz WRESZCIE zakończył karierę.

Zasłużył na to, by odejść w blasku zalanych łzami twarzy kibiców i sympatyków. Zasłużył na poklask i uznanie najlepszych skoczków świat. Jutrzejsza feta w Zakopanem, będzie wypisz wymaluj, sentymentalnym bulgoczącym kociołkiem. Każdy wrzuci swoje przyprawy pt. “emocje”. To najlepsze co możemy mu podarować w ten wyjątkowy dzień.  Będziemy kiczowaci, śmieszni, powtarzalni, ale zrobimy to, bo Adam Małysz wnosił światło i luksus do polskiego sportu nieprzerwanie przez lata.

A dlaczego się cieszę, że to już jest koniec? Przecież wiecie jak kocham Małysza. Ta platoniczna miłość przez lata ewoluowała. Nigdy nie zapomnę swojego histerycznego płaczu, po zdobyciu przez Adama srebra w Vancouver. Przytłoczona Jego skokiem, ideą która właśnie nabrała pełnego kształtu. Wbita w podłogę przez bagaż gromadzonych miesiącami oczekiwań na medal, nie mogłam ogarnąć radości, której mi dostarczył. Czułam się szczęśliwsza dzięki jego skokom, po prostu szczęśliwsza.

I dlatego fakt że odchodzi, daje mi możliwość podziękowania mu, oraz udowodnienia, iż On również na szczęście bez zawodów zasługuje. Bez tego jazgotu, medialnego piekiełka, presji, zmęczenia, wyrzeczeń, kontroli, nerwów. Szczęście dla niego nabierze innych kształtów. Nadszedł czas, by delektować się życiem inaczej.

Era Adama Małysza kończy się w wymiarze sportowym, teoretycznym. Jego nazwiska zabraknie na liście startowej PŚ. Nie zabraknie natomiast wspomnień. Mamy ich setki! Nie zdajemy sobie sprawy, jaki majątek zgromadziliśmy przez te wszystkie lata kibicując mu. Zostawił nam klisze, będące niezbitym dowodem na małyszową potęgę. Będziemy tęsknić, ale nie zapomnimy….

21:15, pasjonatka.sportu , Na śniegu i lodzie
Link Komentarze (4) »
środa, 16 marca 2011
Moja pierwsza LM (relacja live)

Ominęło mnie sporo w Lidze Mistrzów, ale muszę wreszcie otworzyć rok 2011. Niestetety trochę ze względu na tryb mojej pracy, trochę ze względu na lenistwo pofolgowalam sobie i jeszcze w nowym (?) roku nie obejrzalam żadnego meczu elitarnych rozgrywek. Wiem to wstyd i ujma, czas więc trochę się poemocjonować cudzymi sukcesami tudzież porażkami. Będzie dziś blogowanie live. Meczem bez wątpienia najbardziej emocjonującym jest pojedynek Realu z Lyonem. Boję się kibicować Realowi....

20:15 Już po szybkiej lekturze wprowadzającej redaktora Steca, trochę spokojniej podchodzę do meczu. Mam w końcu lekką tremę, bo dawno nie miałam okazji trochę poobcować z kulturą sportową na ekranie. W razie czego macie mnie ganić za błędy. ;P

20.24 Rozwijam swoją myśl pt. "Dlaczego boję się kibicować Realowi". W latach ubiegłych im bardzije im kibicowałam, tym gorzej potem się czułam. Prawdopodonie nikt nie zdiagnozował blokady Realu. Bo logicznego uzasadnienia ich niemocy w 1/8 LM wciąż nie ma. To trochę tak, jakby im ktoś poprzeczkę znienacka w ostatniej chwili podwyższał.

20.28 Pozdrowienia do studia nSport, szczególnie dla Michała Pola. ;P Słucham was, słucham uważnie...

20.35 Ciekawe jak zagra Ronaldo? Ciekawe czy gola strzeli Benzema? Pierwszy w cieniu drugiego, czy żaden bez błysku, ale Real z awansem?

20.45 W relacji "zczuba.pl" taki tekst: "[...]Hiszpanie mogą być podbudowani sytuacją ligową[...]". Mogą? Mogą? Znam miliony przykładów sprzecznych z tym stwierdzeniem, bo w LM piłkarze inaczej się czują.

21.10 Real trochę się miota, a Lyon to wykorzystuje. Grają na przetrwanie? Leniwie się opierają temu boisku w Madrycie, swojemu boisku. Zagrajcie wreszcie tak, że szczęki nam opadną!

21.12 Jak pierwszy raz zobaczyłam dziś C.Ronaldo pomyślałam, że On właśnie wyszedł z salonu fryzjerskiego, nie z szatni. Metroseksualizm na prawdę nie jest taki modny, jak mówią!

21.23 Nareszcie! Real goni swoje marzenie o awansie, goni skutecznie. Po podaniu CR7, gola strzela Marcelo! Czyżby nareszcie klątwa miała zostać zdjęta dziś wieczorem?

21.35 Incydent Benzemy jednak ze spalonego, więc nie zmienia wyniku. Na razie oglądam ten mecz spokojnie, z uśmiechem na ustach. Chyba wszystko idzie zgodnie z planem Mourinho...

21.40 Ciężko przypuszczać, by Real zmarnował zaliczkę, którą wydarł pazurami rywalom. Najwyraźniej bolesne doświadczenia z poprzednich klęsk, Królewscy mają za sobą. To stuprocentowa zasługa portugalskiego bossa?

21.43 Byłabym zapomniała! Głębokie ukłony dla Llorisa! Ten facet dzisiaj robi co może, żeby ochronić jak najwięcej zębów przed pięściami Realu Madryt.

21.48 Drugą połowę czas rozpocząć! Oby bardziej emocjonująca, z szczęśliwym zakończeniem. Może być nawt łzawo, w końcu romantyczka ze mnie. ;)

22.12 Benzema najpierw ładnie i teatralnie położył się w polu karnym, ale sędziego nie oszukał. Chwilę później jego teatyralność nabrała bardziej wiarygodny kształt i mamy 2:0! Kolejny gol za nami.

22.18 Dla chcącego nic trudnego! Kiedy Real prowadzi w dwumeczu 1/8 LM 3:1, aż ciężko uwierzyć, że jeszcze wczoraj tuzin innych zespołów ich potrafił poturbować śmiertelnie.

22.25 Angel DiMaria nie pozostawia nam żadnych pytań i wątpliwości. Real zrobił milowy krok. W senasie sportowym ten awans ma znaczenie bardzo niewielkie, bo Real miał wygrać i wygrał. Inaczej sprawa wygląda pod kontem historii i mentalnych niuansów. Pękła właśnie pewna oporna tama.

22.40 Przyjemnie się ogląda taki Real, który wie czego chce, i wie jak to osiągnąć. Ten porządek był w tym spotkaniu kluczem do awansu.

22.42 Kto wie, być może pokonanie tego muru jest kulminacyjnym momentem? Może Królewscy od teraz już w LM będą nie do zdarcia?

22.45 Miło się relacjonowało. Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam. Real jest w ćwierćfinale LM, czego im szczerze gratuluję, a ja dobrnęłam do końca tego wieczoru. Dobranoc. ;)

Moja Propaganda

niedziela, 06 lutego 2011
Halo Robert

Pamiętacie jak drżeliśmy po koszmarnym zdarzeniu, do jakiego doszło podczas meczu Polska-Chorwacja w piłce ręcznej? Karol Bielecki 11 czerwca 2010 roku zapamięta do końca życia. Nie było słów, które mogłaby oddać w pełni zrozpaczenie i żal milionów fanów szczypiorniaka. W tamtych dniach zresztą słowa były zbędne. Atakowały mnie obrazy jego fantastycznych akcji, których może już nigdy nie wykonać. A czy Kubica jeszcze kiedyś wykona okrążenie na torze F1?

Dramatyzowanie, przesadne szukanie nadziei, szlochanie, zadawanie pytań, wymuszanie wiary, pocieszanie. Kiedy sportowca, popularnego, kochanego, szanowanego, utalentowanego spotyka kontuzja, wypadek, tragedia wszyscy robimy i czujemy to samo. Nie potrafimy traktować ich bólu i straty, jak czegoś normalnego, co w życiu śmiertelników wydarza się codziennie. A im bardziej niepowtarzalna postać, tym zgroza większa.

Robert, nasz kochany Robert. Nasz rodzynek w F1, nasza narodowa duma. Postać, która pokazał, że w Polsce dziurawe drogi wcale nie są przeszkodą, jeśli ma się marzenia, jeśli w te marzenia się wierzy.  Jego, właśnie Jego dotyka dziś najgorszy z możliwych scenariusz. Koszmarne sceny z Kanady, kiedy wypadł z toru, już raz nam przypomniały, jak cienka jest granica pomiędzy witalnością a przerwaniem ciągu życia. Ale wtedy nic się nie stało. Robert Kubica kilka dni później uśmiechał się do kamer i bagatelizował wypadek. Teraz może stracić rękę, może już nigdy nie być w pełni sprawny.

Nic i nikt nie jest w stanie teraz pomóc. Tylko lekarze, którzy zrobią wszystko, by uratować rękę Kubicy. To jedyny sposób aby go uszczęśliwić. A poza tym? Poza tym, On sam powinien wypróbować siłę swojego charakteru. Jeśli spróbuje usunąć tą kłodę ze swojej drogi, może wygra, jak wygrał Karol Bielecki? I wcale nie musi spoglądać w lusterka, szukać rywali na torze, nasłuchiwać uwag konstruktorów, zatrzymywać się w pit stopie. Za zwycięstwo, najszybsze okrążenie nie będzie szampana, narodowego hymnu, specjalnej czapeczki. Za to zwycięstwo Robert Kubica uzyska spokój i ciszę w swoim sercu i głowie. W obecnej chwili zadanie to wydaje się nie mniej trudne od  zostania mistrzem świata.

14:16, pasjonatka.sportu , Koło fortuny
Link Komentarze (26) »
czwartek, 03 lutego 2011
Recepta Stocha

Zwycięstwa  Kamila Stocha poza tym, że bardzo cieszą i szokują, również całkowicie komplikują obecną hierarchię. Tok myślenia, który przyjęliśmy, zaadoptowaliśmy, ugruntowaliśmy w swoich głowach, dotyczący polskich skoków narciarskich, od lat jest niezmiennie taki sam. Był Małysz, za nim Małysz, tylko Małysz. Dlaczego dopiero teraz Kamil Stoch wygrywa konkursy PŚ? I dlaczego opinia publiczna z taką dziecinną łatwością ulega hurraoptymizmowi?

Kamil złapał wiatr w żagle. Trochę trwało zanim obrał właściwy kurs, dorósł, zrozumiał błędy, ale obecnie zachowuje się jak rasowy kapitan. Jego łajba, na wzburzonym oceanie, po latach ciężkich prób, klęsk i doświadczeń, zaczęła dominować. Wygląda na to, że kiedy dobije do brzegu, zakończy obecny sezon, będzie mógł z uśmiechem na twarzy wspominać swoje osiągnięcia. Kto by przecież pomyślał, że stać go na zwycięstwo w Zakopanym? Kto by przypuszczał, że powtórzy to w Klingenthal? Nie przyjmuję odpowiedzi, że był dobrze przygotowany do sezonu, więc to procentuje. Argumentacja tego typu śmierdzi banałem. Nie chcę tego rozkładać na części,  po czym tłumaczyć sobie: no tak, nadszedł wreszcie jego czas.  W każdym innym momencie przełamanie bariery lęku i niemocy mogło nastąpić. A jednak nastąpiło teraz.

Gdzieś po drodze wielokrotnie dawał mi do zrozumienia, iż ma papiery na wielkie skakanie. Móc tego dokonać nie potrafił. Chciałabym dokładnie zinterpretować jego dwa jeszcze ciepłe triumfy w PŚ. Jaki proces musi zajść w skoczku, żeby udało się tchnąć w dany skok ten czar powodujący najdłuższe odległości. Przez lata oglądaliśmy to w wykonaniu Adama Małysza. Kamil Stoch stanął twarzą w twarz z tym czymś. Z perfekcją dającą sukces.

Ostatnie czego pragnę to wyrokowanie. Wyciąganie wniosków z rękawa, tylko po to, żeby pompować balonik. Nawet gdyby teraz Stoch znowu miał ledwo kwalifikować się do “30”, to dwa wygrane konkursy PŚ dają do myślenia. Talent i ciężka praca, to często za mało. Potrzeba tego czegoś, tajemnego składnika prawdziwych zwycięzców. Nie wiem czy podpatrzył to u Małysza. Może zainspirował go trener Kruczek? Albo bycie mężem i głową rodziny spowodowało rozwój psychiczny tego skoczka? Mogę zgadywać w nieskończoność. Z grubsza jednak konkluzja ciśnie mi się na usta sama. Czasem nie dostrzegamy zmian. Rzeczywistość ma wymiar bardziej wyrafinowany, choć jak nam się zdaje, parę dni temu na tym samym życiowym zakręcie staliśmy odziani w tą samą filozofię. Błądzimy, bo szukamy lepszych rozwiązań. W pościgu za swoimi marzeniami Stoch dokonał setek wyborów. Wreszcie któryś z nich okazał się strzałem w dziesiątkę.
Gratulacje Kamil!

 

P.S. Recenzje Black Swan i The King's Speech" na "M-P"

19:46, pasjonatka.sportu , Na śniegu i lodzie
Link Komentarze (16) »
piątek, 21 stycznia 2011
Maaaaałyyysz!

Małysz obudził tego bloga ze snu! Odleciał, wygrał, i zainspirował po raz nie wiem który do refleksji, radości, uśmiechu. Gdybym miała konto na Facebooku zaklikałabym teraz “Lubię To!”.

Mogłabym w tym miejscu przepisać wiele swoich słów z poprzednich miesięcy, z IO w Vancouver, z tych dni kiedy Małysz dobitnie dawał wszystkim Polakom do zrozumienia, że starym prykiem nie jest, walczyć wciąż mu się chce, a na młodość potrafi spontanicznie i skutecznie odpowiedzieć rutyną, będącą efektem wielkiego doświadczenia. Bo sztukę wstawania, upadania, ponownego wstawania i konsekwentnego upadania opanował do perfekcji. Mam wrażenie, że Adama Małysza nie ulepiono, jak nas wszystkich z gliny, ale z elastycznej gumy. Przyjął tyle ciosów, i zainkasował tyle sukcesów, że traktowanie go na tych samych warunkach budzi mój wewnętrzny sprzeciw.

A sezon 2010/2011 ma co najmniej dobry. To może nie jest czas spektakularnego poniżania rywali, ale też Oni niespecjalnie mogą poniżać Jego. Zaliczył parę razy podium, wskakuje regularnie do “30”, a dziś wygrał w miejscu dla skoków narciarskich kultowym. Bo Zakopane stało się takim Hollywood dla skoczków. Warto tam bywać, warto się pokazać, warto brać udział w zawodach PŚ. Kto nigdy nie doświadczył atmosfery Wielkiej Krokwi, ten praktycznie nie istnieje. Może czuć się nawet ciut uszkodzony bez doświadczeń związanych z Zakopanym.

A Adam Małysz jest jedyną osobą, która może w namacalny sposób tą wyjątkowość odzwierciedlać. Swoją legendą dodaje smaczku całej rywalizacji. Stworzył też specyficzną adorację pomiędzy sobą a kibicami. Taki zamknięty krąg dla wtajemniczonych.  Mimo tego, iż nie zawsze w Zakopanym wygrywał, przez lata zbudował w Nas przeświadczenie, że wynik nawet ten najgorszy, wcale nie jest w stanie zaburzyć tej wyjątkowej relacji. I tak staliśmy się od siebie uzależnieni. Małysz bez wiernych kibiców skakać nie może, a kibice wiernego Małysza kochać nie przestają.

Więc po tym kolejnym symbolicznym triumfie Adama na Wielkiej Krokwi ciężko uciec od banałów. Bo jesteśmy na nie skazani. Skazał Nas na nie On sam. Kiedyś całkiem poważnie napisałam, że to dla mnie najlepszy polski sportowiec w historii. Wicie dlaczego? W czasach bardzo komercyjnych, dzikich, zbyt intensywnych- pozytywnie nudny, prostolinijny facet poruszył masową wyobraźnię. I gdyby Komitet Noblowski przyznawał Nobla największym gwiazdom popkultury, ludziom odpowiedzialnym za prowokowanie społeczeństwa do silnej fascynacji sprawami, rzeczami błahymi, pewnie nawet nieistotnym, kandydatura Adama Małysza byłaby bezsprzeczna.

 

P.S. Moja Propaganda

P.S.1 Maile Pana B.N. chyba mnie tak wybudziły. ;)

19:22, pasjonatka.sportu , Na śniegu i lodzie
Link Komentarze (10) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 80